Twórczość kuracjuszy
Wojciech Wałdoch
Życie za mgłą
Opadła już szadź
Przede mną życie toczy się
Moja droga kręta jest ale idę nią
Bo prowadzą mnie wspomnienia
Te dobre i te złe
Idę sam
Bagaż doświadczeń mam
Nie mogę żyć za mgłą
Bo to piękne co przede mną jest
Przyjdzie taki dzień
Gdy rozgonię całą mgłę
I zobaczę Cię
A ty powiesz
KOCHAM CIĘ
A ja oddam serce swe
Bo zakocham się
...
Jestem sam
Niepotrzebny już wam
Co zrobić mam?
Odejść w siną dal?
Pójdę ale nie sam,
Bo ze sobą SM mam.
Tyle bym dał
By to szczęście było tam
Gdzie pójdę sam.
Jestem młody
A wyglądam na straceńca,
Chciałem tam być
Pośród Was
Nie zapomnę Was.
Będę z wami myślami,
Bo tam gdzie idę ja,
Nie mogę wziąć Was.
Nadzieja
Patrzę przed siebie na moje życie
Które wywróciło mi cały świat
Którego nie poskłada nikt,
Prócz nadziei która jest
To ona we mnie tkwi
I nie opuści mnie
Tyle bym dał
Aby powrócić na ten szlak
Który przede mną był
Kochać i kochanym być
i nadzieją żyć.
Bo ona pozostała mi
Zachód
Zaszło słońce i zachodzi
Chyba życie me,
Wzejdzie nowe gdy
Obudzę się.
Nie chcę być ciężarem i kulawo żyć
Bo już brakuje sił
Nie wiem co zrobić mam
By to szczęście było w Nas
Muszę pokonać
Całe życie me
Nie pomoże mi nikt tylko ja
Ale to takie trudne jest.
Idę ale patrzę za siebie
Spotykam różnych ludzi obok
Tylko los mi życzy źle
Ale przyjdzie taki dzień
Wtedy poznam
Miłości Czar
Wspomnienie
Wspominam tamte chwile i dni miłe
Lecz nie powrócą bo czasu nie cofnę
Chociaż tyle bym dał by powrócić
Do tamtych chwil i zmienić w sobie coś.
Moje tory życia kończą się
Jestem niepotrzebny
Ogniwo moje pękło już
I nie sklei tego nikt Bo to SM(/MS)
Nie wiem co robić mam
By odnaleźć szczęście w życiu mym
Usłyszałem głos którego nie słyszałem
Chyba tylko w snach
Życie za mgłą
Mija dzień, zapada zmrok
jest mi źle bo jestem sam
Ale Boga obok siebie mam
Cóż mi robić gdy, brakuje sił
Pójdę dalej nie obejrzę się
Bo przede mną piękne życie mam
Samotność na raty zabija nas
Nie wiem co robić mam, by nie upaść tam.
DZIEŃ
Dzień jak co dzień
A różni się
Chciałbym wiele
Lecz trudno mi
Czemu tak musi być
Brakuje mi sił
Na ocieranie łez
Z policzków mych
Lecz nie poddam się
Dopóki siły mam
Nie chcę być nikogo grzechem
Lecz ptakiem
Który obroni przed złem
Tego świata
BÓG
Gdy dzieci bawią się w kamienie
Bóg się uwija między nimi
I któż ma otwarte oczy
Temu do dziury kamyk wskoczy
Zamiast oddać się sprawą boskim
Człowiecze Go zajmują troski
Dodaje wdzięku panną młodym
Wiatrem podkreśla ich urodę
Dba o porządny stan trzewików
Ostrożnie przemknie po chodniku
Nie trąca, nie zaczepia ludzi
Gdy śpimy – śpi, by nas nie budzić
Nie pojmowałem zbytnio wiary
Ale przechodząc raz z ciężarem
Szedłem strudzony by odpocząć
I oto grzbiet mój Jego poczuł
Odtąd się bardzo dobrze znamy
Przy każdej pracy spotykamy
Wiem – czemu darzy mnie miłością
Ujrzałem że w mym sercu gości
KSIĘŻYCOWA NOC
Noc jasna i przejrzysta
Przez okno księżyc zagląda
I zachowuje się jak egoista
W wiszącym lustrze się przegląda
Zagląda mi w oczy
Z których toczą się łzy
A są to łzy rozpaczy
Mają blask jak srebrne muzy
A kiedy już łez zabrakło
I moje oczy się zmęczyły
To jakoby coś do serca zapukało
Moje oczy zmęczone zasnęły
SMUTEK
Pędziłem resztką siły
Jak jeleń smutnooki
Aż wilcze kły wyryły
W mym sercu ślad głęboki
Gdzieś wśród gałęzi utkaną
me jelenie
Zrzuciłem je – jak smutno
Że w wilka się odmienię
Posłuszny wilczym prawom
Ze stadem pomknę w knieje
Pomiędzy bracią krwawą
Uśmiechu maskę wdzieję
Opadnie na powieki
Listowie morwy ciemne
W jelenie zew daleki
Wsłuchany czujnie zdrzemnę
MATKA
Już tydzień jak z myślą
o niej chodzę, przystanę,
głowę kłonię, kosz skrzypi
na jej kolanach, kiedy szła
na starych spracowana
Ja byłem wtedy szkrabem małym
Upierałem się, krzyczałem:
Mamo oddaj komu to pranie,
Weź mnie i na górę zanieś!
A ona szła, cicho wieszała
Nie zaklęła, ani spojrzała
A bielizna mokra i lśniąca
wędrowała w górę bez końca
Nie wyrzekałbym,
lecz po latach widzę
że mama wielka taka
siwy włos jej z obłoku się zwiesza,
a ręką farbkę z wodą miesza
ZAPOMNIENIE
Nie zapomnę nigdy
tamtych dni i nocy
gdy w ramionach swoich miałem Cię
lecz minęły chwile złe
I bliski dzień rozstania
słuchaj moich słów pożegnania
- Żegnaj moja kochana
Jeszcze jest przed nami
Tyle spraw i marzeń
Tyle nie odkrytych dni
i dziwnych zdarzeń
Trzeba iść tą drogą
i nie oglądać się za siebie
i być może kiedyś znów
odnajdziemy siebie
SERCE
Tak chciałbym móc Cię mieć
W moich ramionach i patrzeć
W Twoje piękne oczy
Móc dotknąć twych pięknych
delikatnych ust – lecz cóż
Dzieli Nas wielki ocean
Nie mamy siebie już
Lecz przyjdzie taki dzień
Że znów będę mógł
Pokochać Cię
Oddałbym wszystko
Co tylko bym miał
By móc przytulić Cię
Nie mam dla Ciebie
Ni złota ni pieniędzy
Lecz mam tylko
To jedno
Serce dla Ciebie
I na zawsze siebie
...
Z nie jednego pieca
Chleb jadłem w mym życiu
Ten który teraz jem
Ma smak łez ....
Moich łez
Których nie zatrzyma
Nikt i nic
Już nie wiem
Co robić mam
By zatrzymać tamę
Która rani serce me
Już brakuje sił
Aby dźwigać ciężar
Ten który przytłacza
Nie tylko mnie
Pada deszcz
Wyjdę z domu
Będę szukał Cię
Chyba nie znajdę
ŻAL
Minął kolejny dzień
Jutro nie wiem co spotka mnie
Nie mogę zrobić nic
Aby polepszyć sobie
I rodzinie byt
Czemu tak musi być
Wielki żal w sobie mam
Lecz nie do nich
Bo to winien jestem JA
Brakuje czasami już sił
Nie można poddać się
Trzeba iść dopóki
Starczy nam sił
Nikt nie wie
Co w sercu tkwi
To wielki żal
Nie ugasi tego
Nic i nikt
Tylko my
Czas
Przychodzisz jak wiosna
Piękna i radosna
Lecz nie możesz
dłużej zostać
Goni cię czas
bo już nie ma nikogo
Prócz Nas
Chciałbym spędzić
Choć małą chwilę
Wśród Was
Lecz nie pozwala mi
Na to czas
Nawet uśmiech
Zniknął mi przez ten czas
Nie będę go miał
Póki nie wrócę
Pośród Was
POZNAŁEM CIĘ
Poznałem Cię
Pamiętam tamten dzień
Twoje piękne oczy
Widzę w dzień i w nocy
Twoje czarne włosy
Rozwiał letni wiatr
Te zielone twoje oczy
Śmieją do mnie się
Lecz czasami pamiętaj
Życie jest jak sen
Raz jest dobre
Czasem złe
Czekam
Może kiedyś
Pokochasz mnie
