Twórczość kuracjuszy
Jolanta Nowakowska
Pierwsza rocznica nadania imienia.
NASZ PATRON
dobrotliwe spojrzenie
skrzyżowane ręce
twarz uśmiechem rozjaśniona
wszerz otwarte serce
patronuje tym murom
zrehabilitowanym
błogosławi wszystkim
od ściany do ściany
mimo wszyscy idą
i wszyscy mijają
tylko czasem z pośpiechu
w zadumie stawają
wzrok podnoszą w pokorze
z dołu z tej niskości
aby w błękit zajrzeć
tam na wysokości
a On z góry patrzy
krzyżem znaczy strony
wszystkim błogosławi
sam – błogosławiony
błogosławiony w dzień
majowy pamiętny
błogosławiony – a dla wszystkich
już od zawsze święty
(Jolanta Nowakowska
Borne Sulinowo, maj 2011)
GŁOS czyli POETYCKI TRAKTAT O JASNOŚCI
zamyślony Patron
z dobrotliwym uśmiechem
ogarnia błogosławieństwem wszystkich przechodzących
ci
którzy szybko mijają
Jego wzniesioną do błogosławieństwa dłoń
nie zawsze zdążą doczekać końca gestu błogosławieństwa
tak szybko idą
mijają Go zanim pobłogosławi
ale Jego błogosławieństwo biegnie za ich zaspieszeniem
zawsze ich dogania
nawet wtedy
gdy tego nie zauważają
i nie zwracają na nie uwagi
ci wszyscy
którzy idą wolniej
dłużej przemierzają przestrzeń Jego dobroci
a my
szczególnie wyróżnieni chorobą
- inną wprawdzie od tej Jego
ale też nieuleczalną –
potrafimy się nawet zatrzymać blisko Niego
niekiedy po to tylko by odpocząć chwilę
wiedząc że On to rozumie
i da siły
by bezpiecznie iść dalej
idą wszyscy
a każdy inny
i każdy inaczej przemierza przestrzeń Jego uśmiechu
łagodny odcień ciepła ogarnia szybkie kroki Sławka
nierówne zaciąganie nogą Dominiki
zadającej wciąż to samo pytanie
na które nikt dotąd nie potrafił odpowiedzieć
nachyla się nad wspierającą się na kulach Mirką
pomagając jej swobodniej unosić nieposkładane myśli
wszyscy mijają wielokrotnie wielkiego Patrona
góruje nad wszystkimi
wychylając się łagodnie z błękitu
Feliks kijem stukając rytm myśli odmierza
kierunek nadając szukającym drogi rękom Teresy
cierpliwie rozglądającym się za ograniczającymi najbliższą przestrzeń poręczami
które są namacalnym śladem kierunku
dla szukających drogi palców
roztrzęsiony świat Moniki
idzie zawsze z nią niepewnym krokiem
pełnym wahań i zastanowień nad mijaną przestrzenią
jej świat nigdy nie przestaje tańczyć i wirować
poetyckimi obrazami
Ewa
nogę stawiając obok nogi
taneczne kroki odmierza
rytmicznie podkreślając głosem mijaną przestrzeń
którą nieustannie bierze w nawias niedorozumienia
niedorozumieniem ogarnia mijaną przestrzeń także Michał
nawet nie próbując udawać że rozumie cokolwiek
z tego niezrozumienia
wszelkie próby utopienia wątpliwości w basenie
czy poddania ich efektowi zamrożenia w komorze
okazały się nieskuteczne
za to Marek
usiłuje przenieść mijaną przestrzeń w zupełnie inne miejsce
Marek uprawia publicznie z dużym zacięciem i upodobaniem
garść sportów ekstremalnych typu
noszenie długimi korytarzami pełnej gorącej herbaty szklanki
i chodzenie po zawieszonej metr nad ziemią linie od spadochronu
który stanowi zabezpieczenie przed ewentualnym upadkiem
spowodowanym zaburzeniami równowagi
podczas żonglowania piłką w czasie wędrowania po linie zawieszonej na wysokości
(Marek za półtora tygodnia otrzyma certyfikat ukończenia szkoły cyrkowej
i będzie okresowo występował w cyrku objazdowym)
Feliks nieprzerwanie odmierza
rytm wędrowania wszystkich
którzy przed nim
za nim
z nim
i obok niego
nieprzerwanie wędrują nadziei szukając
skrzypiący szelest opon ślad znaczy
że byli tu
że są
że będą
że pozostaną
że – staną?
błogosławiona chwila nadziei nigdy nie znika z horyzontu pragnień
a Błogosławiony wciąż jej błogosławi
gestem krzyża podając chusteczkę by otrzeć łzawiące nie wiedzieć czemu oczy
i opatrzyć rozbity łokieć czy starte kolana
On
który także upadał
doskonale zna filozofię upadku
- bezpiecznie przewracać się w Jego obecności
ale lepiej nie przewracać się wcale
i niczym kierowca Formuły Pierwszej mknąć na piszczących oponach
naśladując zapał i energię Mirka
którego nic zatrzymać nie zdoła w nieprzerwanym pędzie
ku samorealizacji
nawał niezrealizowanych planów do zrealizowania
rozrasta się nieprzerwanie przekraczając horyzont pragnień
za każdym razem gest błogosławieństwa przerywa ten rozrost
pozwala zatrzymać się na moment
odpocząć
złapać oddech
by iść dalej ku tej błogosławionej nadziei
podążając nieprzerwanie
wspólną drogą człowieczego losu
pióro w dłoni Joli
wciąż zapisuje nieskończone znaki zapytania
które nie do końca skutecznie
próbuje zresocjalizować Ewa z Anią
nikt i nic nie zdoła
zmusić nas do milczenia
tylko Emilka życzliwie zachęca do wydawania głosu
ale nawet niewypowiadanie słów jest krzykiem
który rozbrzmiewa głucho odbijając się od ścian
nie zawsze go słyszycie
nieraz go nie rozumiecie
ale wciąż krzyczy
teraz też
głos
słyszycie ten głos?
z oddali dobiega
dźwięczy w uszach
przenika do najdalszych granic ciała
ukoić rozkołatane nerwy
przyłożyć dłonie do głowy
która aż dymi rozsadzana myślami
przyłożyć dłonie do rozkołatanego świata
który nieustannie pulsuje kolorami tęczy
zobaczyć te kolory poprzez prześwity między zasłaniającymi oczy skrzyżowanymi palcami
zobaczyć że są
że są kolorowe
że otacza je jasność wysuwająca się spoza palców
zobaczyć to światło
które nieustannie świeci
a które tak trudno zobaczyć
niedowidzącymi oczami które wciąż są zamknięte
rozewrzeć zaciśnięcie oczu
rozsunąć te dłonie
rozewrzeć zaciśnięcie palców ścierpniętych boleśnie czekaniem
aby odsłonić wreszcie choć fragment rozświetlonej przestrzeni…
Wstańcie
Nie lękajcie się
Otwórzmy drzwi
by przejść przez nie
On
- pobłogosławi
I stanie się JASNOŚĆ
(Jolanta Nowakowska
Borne Sulinowo, maj 2011)
Jolanta Nowakowska
ZACZAROWANY ŚWIAT
(wiersze o miłości)
Spis treści:
KLEPSYDRA
okruchy czekania roztarte na proch:
zza kąta zza stołu wciąż czai się mrok
na dworze nadchodzi zwyczajny nóc strach
i kot przychodzi na dach
do okna zapuka się wślizgnie przez drzwi
okropnie zazdrosny okrutnie tak zły
że boisz się dłonią dotykać do ścian
gdy jesteś w poddaszu sam
samemu jest strasznie gdy księżyc tak lśni
jak gdyby malował na tarczy złe sny
z promieni księżyca ktoś spuszcza się w dół
wchodzi przez okno na stół
ty nie znasz kto taki że zechciał tu zejść
że krzyczy że wrzeszczy to pozbyć się chcesz
by odszedł zapomniał nie wracał tu już
wypędzasz jak nocny stróż
nie chciałeś krasnala przytulić w swój dom
a przecież pod szafą masz skrzatów i sto
wychodzą nocami w poduszce gdy śpisz
skradają się cicho do drzwi
wędrują podłogą chodnikiem po szkle
bo smutno u ciebie samotnie i źle
tobołki na plecach związane na sznur
za każdym krasnalem wór
a w worach marzenia złudzenia i sny
o jakich nie marzy na świecie dziś nikt
wygnane spod szafy księżyca złud grą
na strzępy wspomnienia twe drą
już byłeś przy wejściu w pałacu złej łzy
pogryzły cię osy szczekały wciąż psy
odbiegłeś ze strachu się boisz od lat
ze śmiechu dziś pęka skrzat
okruchy czekania roztarte na proch:
zło rodzi wciąż tylko nienawiść i zło
kochałeś nie skrzata lecz księżyc co lśnił
dziś mówisz o nim że b y ł
zgasł smutnie na niebie gdy wkoło wciąż mrok
czas ciągle się ściera w klepsydrze na proch
te same zdarzenia mijają od lat
a skrzat chce zmieniać świat
PAJĘCZYNA
jakieś czary czarowane codziennie
popod drzwiami łkają cicho niezmiernie
ciągle łzawią ciągle kroplą wciąż łkają
a w szczelinie pod drzwiami
- pająk
pajęczynę tka cicho sieć ciemną
i rozmawia przy pracy tej ze mną
głośno szlocha wciąż szuka zdobyczy
śmierci czyjejś czyjejś nędzy
- słodyczy
pełne pudło stoi blisko na ziemi
pająk mówi że nic się nie zmieni
pajęczynę tka cichutko krosnami
a ja nie wiem gdzie są czary
- pod drzwiami ?...
je codziennie i niezmiennie spotykam
pająk cicho w szczelinie łzy łyka
siadam w kucki w pajęczynę wplątana
w białej sukni w białej sieci
- sama
STAW RADOSNY
lazurowe pędy drzew gdzieś ponad rzeką
rozmawiały że do lasu wciąż daleko
i sośnina narzekała narzekała
a brzezina jej szeleszcząc wtórowała
zapatrzona w tonie ciemne wśród głębiny
poczuwały się niezmiennie do swej winy
konarami tak splątane jakby siecią
rozpłakały się że nigdzie nie polecą
kropla w kroplę opadały wód ogromy
czy deszcz pada czy łza biegnie w stawu toni?...
konewkami napełniłam się nieszczęściem
kiedy słońce się schowało na zakręcie
drzewa starły się liściami wśród zieleni
oderwały się swobodnie z soków ziemi
szybowały gdzieś w przestworza niezgłębione
zagłębiałam się z oporem w stawu tonie
PISZĘ LIST
na kartce
piszę listu stronę
że szczęście było tak zielone
że mi się śniło w śnie głębokim
że dłonie masz takie szerokie...
atrament
wsiąka w białą kartkę
i wciąż te same
słowa
i oczy
zdziwieniem rozwarte
że
od nowa ?!
na kartce
piszę listę marzeń
że raz wskazówka na zegarze
czasu spojrzenia się wstrzymała
że odtąd cały czas
przespałam !?
na kartce
piszę listu stronę
że to co było
już skończone
i gonię sen
co prysł
twe dłonie chwytam w moje dłonie
i gonię to co już skończone
i piszę
niewysłany list
FOTOGRAFIA
patrzyłam na ciebie
że idziesz
siedzisz
widziałam nawet że stoisz
i końcem palca
w uśmiechu niebie
tańczyłam walca
ze szkoły
a świat wirował
gdzieś za plecami
kłamał i mamił
bez słowa
w sukni balowej
w tanecznej sali
widziałam lustro
i zarzuciłam welon na głowę
bo gdzieśmy stali
tam było pusto
patrzę wciąż w zdjęcie
nikogo nie ma
bal już się skończył wieczorny
gdzieś na zakręcie
płaczą wspomnienia
i słyszę śmiech twój upiorny
w balowej sukni
i w sali białej
tańczę mój taniec na palcach
a ludzie smutni
mijają salę
i śmieją się z mego walca
ja wciąż wiruję
welon na włosach
szpilką upina mi matka
i przekonuje
mnie wciąż po nocach
że fotografia wyblakła
POPIOŁY
ogień niszczy pustoszy wypala
daje ciepło światło schronienie
wszyscy patrzą ale wszyscy z dala
wypalam się powoli płomieniem
co pomyślę zobaczę usłyszę
wszystko w czerwień ubrane płomienną
bo jest u mnie odkąd do mnie przyszedł
wielki ogień we mnie i ze mną
rozsypuję się w pyły cudowne
od pożaru spalona na wióry
przed płomieniem siedzę i głownie
tak jak kuglarz podrzucam do góry
dym się wgryza i w serce i w oczy
dym mnie dusi białym swym szalem
niepamięcią myśli otoczył
- chwalę ogień że w ogniu się palę...
SZCZĘŚCIE
niewiele do szczęścia potrzeba
- byle okruch wzniesiony znad ziemi
tyle starczy by czasu płynięcie
w jeden uśmiech niebiański zamienić
niewiele do szczęścia potrzeba
- byle słowo zmodlone półciszą
rozgłoszące światu niemoc swoją
że symfonie w niej ludzie usłyszą
niewiele do szczęścia potrzeba
- byle widzieć cię choćby z daleka
jak tańczysz na mych ócz widnokręgu
który zawsze ci krzyczy że czekam
niewiele do szczęścia potrzeba
- byłeś ze mną był przy mnie i we mnie
niewiele tylko tyle – a wtedy
wszystkie złota świata są daremne
NIEDOWIDZENIE
daleko byłam bardzo daleko
zachciałam wrócić do ciebie
płynęłam wodą zaklętą rzeką
co przeglądała się w niebie
chmura na górze chmura na dole
kwiaty i trawa wśród kwiatów
wokoło drzewa droga i pole
siane chabrami wśród maków
czerwono żółto błękit i zieleń
ja płynę? lecę? – już nie wiem
kwiatów zbyt dużo i chmur zbyt wiele
nie mogę trafić do ciebie
i coraz bliżej jestem już blisko
- ta wyspa czy jeszcze nie ta?
jaskółki płaczu lecą tak nisko...
nie widzę – czy jestem ślepa?...
JUŻ WYBRAŁAM
cicho stoję w kąciku pokoju
blada świeca skrycie miga w kącie
ręce wiszą bezwładnie wzdłuż ciała
a ja sama wokół ciebie błądzę
twoje oczy usta twoje ręce
włosy nie wiem jakiego koloru
i ten uśmiech smutny niezbadany
gdy szukałeś dla siebie pozorów
twoje kroki trzymane w pamięci
idą bólem po obu półkulach
jeszcze zarys postaci pamiętam
ale dalej – niepamięć już hula
uciszona w zaciszu kącika
(czyż za karę ja stoję w tym kącie?)
biorę książkę otwieram na stronie
i podnoszę do ust liter kromkę
mam wybierać? już dawno wybrałam
rzeczywistość zmalała do zera?
trudno! wolę zacisze bez ciebie
niż ten świat który z głodu umiera
SEN
że było tak
pamiętam
dziś
jakby w śnie zaklętym
śpię
budzi mnie ktoś
co dnia
oczy otwieram nie poznaję siebie
że to ja?...
i nie wiem już czy tak było
czy w śnie zaklętym się śniło
że idę na górę marzeń
bo tam wdrapywać się każe
ktoś
pamiętam pamiętam że śniłam
pamiętam że śniegu bryła
palce nam nasze zlepiła
i zamroziła
na złość
że była królowa śniegu
i ty na drugim wciąż brzegu
a ja wśród lodu zaklęta
że miałam zmarznięty pamiętam
nos
że było tak
pamiętam
dziś
jakby w śnie zaklętym zaklęta
śpię
SZCZĘŚCIE (2)
świat uśmiechnął się raz jeszcze
wieczorem
gdy opadły mgły na ziemię
poranne
i podniosłam oczy w niebo
wciąż chore
ty – ranne
i w uśmiechu łzy płakały
koralem
i z radości zamarzały
soplami
zawiesiłam błyskotki
i
jak szalem
co rani
się okryłam
biała szyja
naga łza
uśmiechała się tajemnie
że to ja
nie wierzyłam chociaż śniłam
piękne sny
więc naszyjnik z szyi opadł
z szarej mgły
i śnieg sypie wciąż płatkami
rozpaczy
co się w radość zmieniać muszą
co dzień
przyszłam – chcę ostatni raz
zobaczyć
twój cień
SERCE
tobie
ciepło
okno otwarte widzę
i szybko zamykam oczy
i
się wstydzę
zmrożone dłonie
szukają czegoś wśród nocy
pod oknem
konie
ja w dłonie dmucham
rozgrzewam palce zmarznięte
ty
zawierucha
tobie
ciepło
wiem tylko co znaczy piekło
że okno ciągle otwarte
że ciepło
za kartą stawiam wciąż kartę
rozgrzewam palce zmarznięte
i widzę
piekło otwarte
ON czyli o MNIE
biegnąc pewnego dnia do-nikąd
wstrzymałam nagle wzrok swój w biegu
o n leżał między snem a krzykiem
i nic ponadto o n i m nie wiem
zagryzłam wargi w pstrym uśmiechu
owianym smutkiem i legendą
a o n wciąż leżał niewzruszony
o kilka myśli obok ze mną
nieważne pójdę przecież dalej
pobiegnę krzycząc sen rozpaczy
lecz o n wciąż leżeć będzie w dali
a kilka myśli nic nie znaczy
i chociaż biegnę z krzykiem we śnie
choć w j e g o stronę wzrok nie bieży
to poprzez senny krzyk cieleśnie
wciąż widzę g o że ciągle leży
DESZCZ
i wyczekałam chwil katusze
co ran palących spiekły dreszczem
pełna pragnienia chciałam ciszy
chłonącym wzrokiem mówić – jeszcze
i wypatrzyłam myśli tysiąc
o których nie wie nikt poza mną
w ulic marzeniach stała radość
dodane: 2011-06-01
